Świecki portal uduchowiony & czasopismo bez dogmatu

Opowiadanie Dom PDF Drukuj
Napisany przez Piotr Prokopiak   
12 maja 2011

Dom

 

W oddali zegar z ratuszowej wieży wybił pierwszą godzinę po północy. Koszałkową leniwe przemierzały cienie zmarłych mieszkańców. Ślizgały się na chodniku, oplatały drzewa, nostalgicznie kwiliły w szczelinach rozbebeszonych śmietników. Rozczarowane zamkniętymi drzwiami własnych mieszkań, zawiązką pomroki plątały nogi napitym niedobitkom dnia.

Stałem przed osieroconym domem, ostatnim z rzędu oczekujących na rozbiórkę. Z wnętrza na snopach wiatru wypływały hologramy fantomów z przeszłości. Nadal czuło się obecność świadomych bytów tęskniących za materią, za ciałem… Było mi żal tych istot, które przywiązane do rodzimych miejsc rzucały się w wir melancholijnej religii początków. Każde istnienie prędzej czy później staje się czcicielem gruzów.

Kamienica zdawała się rosnąć. Zataczała ściany szczytowe jakby chciała wchłonąć mnie do żołądka. Rozdziawiając wejście frontowe obnażała zatęchłą czerń, głęboką i zagadkową. Zwisające z futryny szmaty czyniły wrażenie jęzorów łakomie oblizujących drewniane wargi. Okna łypały naderwanymi okiennicami gromadząc w szklanych resztkach okruchy konstelacji. Połać dachu znaczona ubytkami wyblakłej „karpiówki” przypominała źle oskrobaną rybę. Po kalenicy stąpały tłuste wykarmione robaczym istnieniem kawki, a pozbawiony dymnego krwiobiegu komin chylił się ku rozkruszeniu w ciemności.

Zrozumiałem, że ten stary dom jest przeziernikiem, spirytualnym pomostem z inną rzeczywistością, bramą przez którą na chwilę można zajrzeć i poczuć drgającą w konwulsjach biomasę. Pomieszaną jak języki pod wieżą Babel, kumulację przeszłości co była teraźniejszością i przyszłości naznaczonej klejmem przemijania. Jeżeli wszystko idzie do jednego miejsca to czy wszelka odmienność ma sens? A jeżeli nie ma końca? A jeżeli skazani jesteśmy na wieczne przetwarzanie, co gorsza świadome?

Dlaczego tu przyszedłem? Co sprawiło, że tej nocy zapragnąłem być w miejscu, gdzie ciche kroki zstępują ku jękliwemu osamotnieniu? Nieśmiało ruszyłem ku posępnym wnętrzom.

Owiał mnie chłód. Nie ten fizyczny, ale podobny temu jaki ogarnia człowieka gdy zawita w obce środowisko. Coś wisiało pod powałą. Szurało i chrzęściło niepokojem. Jednak szedłem dalej w głąb otchłannych trzewi. Pod butami chrupotały ułomki gruzu jak kości w zdewastowanej krypcie. Wiedziałem, że budzę skuloną po kątach niewiadomą, żywą i nieprzyjazną. Bałem się, a jednak brnąłem przez lepkie welony roztoczy. Pierwsze piętro, drugie, poddasze. Schody ze wspomnieniem milionów zejść i wejść, przyjęły z oporem moje ostrożne kroki. Niecodzienne i niezrozumiałe o tej porze. W nozdrza bił przykry zapach starych szmat, gruzu i butwiejącego drewna. Przystając, wysłuchiwałem dźwięków dobywanych  z mrocznych zakamarków. Opadający okruch tynku stawał się lawiną, przetaczającym się przez moje serce młyńskim kamieniem.

Dom żył. Zaklęta w materii „obecność” dawnych mieszkańców nadal egzystowała. Nie wiem w jaki sposób. Dlaczego w pokojach, kuchniach i piwnicy wciąż świstały ich oddechy, a palce zaklęte w pajęczynach dotykały mej twarzy.

Tliła się we mnie błagalność. Chęć akceptacji. Chciałem się stać częścią owej społeczności, chociażby jedynie na tę noc. Ktoś wkładał mi w dłonie ich sponiewierane książki i zdruzgotane sprzęty. Dotykałem słysząc za plecami pomruk niezadowolenia.

Pojąłem, że nigdy i nic nie jest porzucone. Zawsze coś pozostaje w przedmiotach z dawnych właścicieli. Zapewne dlatego uwielbiałem zaludnione woluminami antykwariaty, gdzie zlepione myślami karty uwalniały litery wypieszczone przez głodne źrenice. W ten sposób rodziły się nowe znaczenia, nowe rozwiązania, nowe drogi...

Czym jednak jest książka wobec całego domu? Szczególnie gdy zniweczone są zbędne refleksy dnia.

Potykając się, przeciskając i szurając dotarłem na poddasze.

Zjednoczone z ulicznymi lampami światło księżyca, kładło się na podłogę przecedzone durszlakiem z podziurawionej połaci dachu. Ujrzałem cud. Oto niebo wypisało na murszejących deskach kwitnącą ewangelię. Każdy materiał jest dobry, każdy człowiek niezależnie od wieku może być przekazicielem… Wszak i kamienie miały mówić…

Ujrzałem nowe niebo i starą ziemię. Światłość mającą w zależności od odbiorcy inny blask, przedstawiającą inną postać rzeczy. Nie musiałem wspinać się by móc kroczyć po konstelacjach. Poznałem jedyną w swoim rodzaju mapę. Nikt w całej galaktyce takiej nie posiada. Nigdzie nie ma drugiej ulicy Koszałkowej na której grzybnie stary dom, który jutro, a najpóźniej pojutrze zostanie starty z myśli tej powierzchni. Przy końcu mojego czasu znajomość tej wyjątkowej kartografii może okazać się niezwykle przydatna.

Nagle w tej gęstej ciszy usłyszałem głosik. Brzmiał słodko, delikatnie, kojąco… Nie zastanowiłem się dlaczego tu, kto i w jakim celu. Instynktownie zacząłem szukać. Ktoś czule przemawiał, a ton i modulacja głosu przypomniały mi strumyk górskiego potoku kiedy wędrowałem na wyżynach złudzeń. Rozsunąwszy pajęcze makramy ujrzałem ją… Drobna postać siedziała wciśnięta pomiędzy krokwiami. Pochylona nad lalką mała dziewczynka… na pewno dziewczynka… Jej blond włosy opadały miękko na ramiona zasłaniając twarz. Mówiła do lalki. Choć znaczenia słów nie rozumiałem, było dla mnie jasne, że są to najpiękniejsze wyznania miłości do jakich zdolne jest jedynie dziecko.

Chciałem zapytać co robi o tej porze w miejscu, tak nieprzystającym do koronkowej zwiewności. Nabrałem przekonania, że coś jej zagraża, że chce ją przemielić na demoniczną modłę zimnego świata. Chciałem podejść, ale moje nogi poczęły wrastać w podłogowe deski. Jakaś ezoteryczna siła wprawiła w ruch odtwórczy imperatyw inwolucji. Dom młodniał. Dachówka nabrała krwistej barwy. Krokwie i deski podłogowe zapachniały świeżym heblem. Dziewczynka  zaczęła się kurczyć, a jej ciało z sekundy na sekundę przybierało postać embriona, by w końcu jako mokra kropla spłynąć pod podłogę. To samo choć wolniej działo się ze mną. Jedynie zachowana świadomość pozwalała obserwować niecodzienne zjawisko.

I wszystkie drewniane elementy poczęły zrastać się w pnie. Zazieleniło, zaszumiało zaćwiertoliło… Cegły, nadproża, schody, od komina po fundamenty ulegały rozczłonkowaniu, aż ostał się jedynie wykop, wkrótce zresztą zniwelowany, zalesiony, wykarczowany i ponownie zalesiony… Niesamowitym widokiem byli malejący ludzie, wracające do łona matek pokolenie za pokoleniem. Jakby człowiek zjadał człowieka. Wszyscy stawali się jednym.

Zarastanie i wchłonięcie. Lasy, jeziora, góry i doliny zmierzały wraz z żywymi istotami do wszystko jednoczącej kropki. Poczym kula ziemska osiągnęła rozmiar orzeszka, by w kulminacyjnym momencie rozpłynąć się w umyśle Boga. Ja sam przetaczałem się iskrą przez wszystkie generacje. Dotarłem do krańca, gdzie nieprzenikniona ściana tajemnicy.

Jak długo to wszystko trwało? Nie wiem. Ocknąłem się na ulicy. Za moimi plecami ponownie skurczona kamienica postękiwała jak zgarbiona staruszka. Zrezygnowana, pogodzona z losem, kołysząca się w rozpaczliwej chorobie sierocej…

 

Następnego dnia już od rana monstrualne chrabąszcze buldożerów poczęły się wgryzać i rozszarpywać cielsko bezbronnego domu. Patrzyłem na tę agonię z żalem. Jak pada ściana za ścianą, jak stalowy młot przetrąca wzniesiony ku niebu komin, jak wszystko tonie w mlecznej kurzowej zawiesinie…

Eksterminacja nie trwała długo. To, co jeszcze ostatniej nocy było siedliskiem jaźni wszechświata  legło w popiół, zmaltretowane, wzgardzone jak Hiob. Nie mogłem być dłużej tego świadkiem.

Odchodząc zobaczyłem jeszcze starszą kobietę. Również ze smutkiem oglądała koniec pewnej epoki na ulicy Koszałkowej. Stała trzymając siatkę z której uśmiechał się razowy bochenek chleba. Nie widziałem jej twarzy, tylko miękko opadające siwe włosy, gdzie niegdzie jeszcze przetykane… blond niteczkami.

Październik 2010r.

 

 

Komentarze  

 
#5 Gnosis 2011-05-21 08:47
Mnie ta powieść trochę zdołowała,w stylu Edgara Alana Poe i jego horrorów,czytał em kilka razy tą powieść i nic tam gnostycznego-mistycznego nie odnalazłem,ale jest to mój odbiór,jak innym się podobało to dobrze,do mnie jakoś to nie przemówiło.
Cytować
 
 
#4 Cyprian 2011-05-16 12:47
Mnie też się bardzo spodobało, ciekaw jestem na ile Autor pisał to kierując się ustalonym zamysłem i racjonalnym planem, a na ile była to poetycka wena z pokładów nieświadomości.

Cały tekst wydaje mi się przypominać mistyczne wtajemniczenie i duchową drogę poznania.

Zarazem wspaniale łączy głębokie problemy duchowe ze zwykłym, przyziemnym sentymentalizme m.

Piękne, gratuluję też publikacji w ZNAJ-u!
Cytować
 
 
+1 #3 Rafał 2011-05-16 12:19
Opowiadanie bardzo piękne. Kojarzy mi się trochę z Katedrą Tomka Bagińskiego ale raczej pokazuje proces odwrotny - wolność spełniającej Jedni, w przeciwieństwie do spajającej w jedności niewoli i niemocy Katedry.
Cytować
 
 
+1 #2 ryszard 2011-05-14 20:21
Autor w sposób niezwykły i wstrząsający pokazał w konkluzji Jedność, z której wszyscy pochodzimy. Jak widać, pod zasłoną tak plastycznie i zmysłowo przedstawionej rozsypującej się kamienicy, ukryte jest piękno Rzeczywistości. Bohater opowiadania ujrzał je przez chwilę, ale wiem z lektury Kursu cudów, że możemy wejść w posiadanie takiego obrazu na zawsze.

Interesujące jest także i to, że wewnętrzna przemiana prowadząca od percepcji zła do poznania dobra doświadczana jest czasami przez niektórych ludzi zupełnie spontanicznie, bez przygotowania, pod wpływem silnych życiowych wstrząsów. W tym opowiadaniu jakiś ślad tej prawdy znalazł swe odzwierciedleni e.
Cytować
 
 
+1 #1 Piotr z Trzesiecka 2011-05-14 19:02
Doszła mnie wieść, że te opowiadanie pojawiło się w najnowszym numerze kwartalnika artystyczni-literackiego "ZNAJ".
Cytować
 

Dodaj komentarz

Administratorzy strony nie ponoszą odpowiedzialności za treści komentarzy. Zastrzegają sobie prawo do usuwania komentarzy wulgarnych, obraźliwych i odbiegających od tematu.

Gnoza na każdy dzień & duchowe inspiracje

1) Prawdziwe, bez fałszu, pewne i najprawdziwsze:
2) To, co jest na dole, jest jak to, co na górze; I to co jest na górze jest jak to, co jest na dole, by czynić cud jednej rzeczy.
3) I jak wszystkie rzeczy istnieją z jednego, medytującego Jednego, tak wszystkie urodzone rzeczy z tej strony jednej rzeczy istnieją z adaptacji.
4) Jej Ojcem jest Słońce, jej Matką Księżyc;
5) Wiatr niesie ją w swoim łonie; Karmi ją Ziemia.
6) Tutaj jest Ojciec wszelkiej cudowności świata.
7) Jego moc jest pełna jedynie gdy zwrócona ku Ziemi. Oddziela Ziemię od ognia, subtelne od gęstego, przyjemnie, z wielką zdolnością.
8) Wznosi się z Ziemi do Nieba, ponownie schodzi na Ziemię i przyjmuje moc góry i dołu.
9) Tak posiądziesz chwałę całego świata. Dlatego wszelki mrok od ciebie uniknie.
10) Tu jest najsilniejsza siła wszelkiej siły; Gdyż zwycięża wszelkie subtelne rzeczy, przenika wszelkie rzeczy stałe.
11) Tak został stworzony świat.
12) Z tego powstaną zdumiewające adaptacje, na które jest to sposób.
13) Zatem jestem nazywany Hermes Potrójnie-Ukoronowany (Trismegistus), posiadając trzy części filozofii (mądrości) całego świata.
14) Kompletne jest to co mówiłem o działaniu Słońca.

{Tablica Szmaragdowa Hermesa Trismegistosa}

więcej cytatów...

Kliknij na wybrany obrazek by przejść do podstrony zawierającej zbiór inspirujących materiałów

Czasopismo Pistis

więcej...





ZalogujRejestracja

Bądź na bieżąco z nowościami na Pistis.pl!

Wsparcie/Darowizna

Jeżeli chcesz wesprzeć inicjatywę Pistis, możesz wpłacić pieniądze na konto:

50 1020 5558 1111 1678 1600 0092
Koniecznie z tytułem:
Darowizna Pistis

Główne cele na które przeznaczane są wpływy:

- druk i wysyłka czasopisma

- opłata za serwer i domenę

- wsparcie ew. innych inicjatyw

Możesz też skorzystać z konta PayPal:

Naszą witrynę przegląda teraz 12 gości 

gnoza / gnostycyzm / religia / duchowość / Bóg / Jezus Chrystus / mistyka / duchowe inspiracje / Biblia / Jerzy Prokopiuk / Carl Gustav Jung / Rudolf Steiner / Antropozofia / Krishnamurti / Osho / Tadeusz Miciński / Andrzej Towiański / William Blake / Miguel Servet / Faust Socyn / Bracia Polscy / buddyzm / religie wschodu / filozofia / chrześcijaństwo / Cyprian Sajna